Dream Lanka

Ajubołan!
Sri Lanka jest piekna. Dream Island z której się nie chce wracać nawet Drimlajnerem. Czasem wrócić nie można 🙂

Ostatnio moje wyjazdy są na literę L. Lizbona, Londyn i teraz Lanka. Sri Lanka zwana dawniej CejLonem. Też prawie na L. Kiedy byłem tam pierwszy raz pięć lat temu leciałem taką kombinacją, że aż sam się sobie dziwiłem. Ale gutprajs ma swoje prawa. Więc najpierw był Budapeszt, potem przystanek u szejków w Abu Dhabi (Zabi, jak chcą niektórzy) i Dubaju i już po dwóch – trzech dniach zameldowałem się w Negombo. I tak szybciej niż portugalscy żeglarze z XVI wieku, którzy jako pierwsi “odkryli” ją dla Europy. Ale od listopada z bezpośrednimi połączeniami wystartował nasz narodowy przewoźnik. LOT otworzył zimowe regularne połączenie trzy razy w tygodniu. Do Kolombo lecimy osiem i pół godziny. Krócej niż pociąg do Zakopanego. I rzeczywiście w tamtą stronę nowy Dreamliner 787-9 dowiózł nas punktualnie. O atrakcjach wyspy mam nadzieję jeszcze wspomnieć, ale na gorąco ostatni dzień bo okazało się, że w Polsce wszystkie stacje mówiły o naszym powrocie. Czy raczej pozostaniu. W sobotę rano lokalnego czasu w czasie kołowania kapitan podał informację, że coś mu nie gra w lewym silniku. I że będą sprawdzać. Złośliwców ubiegnę. Siedziałem po prawej stronie, więc to nie moja wina 🙂 Zresztą silnik Rolls Royce’a powinien dźwignąć większe ciężary. Nie wiem czy część firmy produkująca silniki nadal jest brytyjska, ale okazuje się, że imperium jest w poważnych tarapatach nie tylko z powodu herbaty jak pisałem z Londynu. Ten silnik był w Dreamlinerze 787-8 SP-LRH,

który był uziemiony przez ostatnie 10 miesięcy i wrócił po naprawie silnika 3 października. Po godzinie siedzenia w samolocie – może dłużej, zdrzemnąłem się nieco – okazało się, że wracamy na lotnisko. Ile czasu miała trwać naprawa nie wiedział nikt, więc można było tylko czekać. Około południa zrobiliśmy drugie podejście (i kolejną – czwartą już odprawę bezpieczeństwa) do samolotu. Pokręciliśmy się po lotnisku i kapitan podjął decyzję, że jednak nie lecimy. Żeby nie marnować jedzenia wydano śniadanie, a w tym czasie zorganizowano nam jazdę do hotelu w Colombo. Normalna procedura. Niestety musiała trwać w czasie. 232 osoby z bagażami musiały się potem zameldować w hotelu. Nie wiem czy wszyscy byli w jednym. Nam się trafił Hilton. Zwykle w takich nie sypiam, ale akurat w czasie tego wyjazdu nie była to najwyższa półka 🙂 Za to kucharza mają tam genialnego! Krewetki po syczuańsku palce lizać! A nie było to jedyne danie z najwyższej półki, choć serwowane w formie bufetu. Zanim jednak zaczniecie zazdrościć przypomnę, że pobudka tego dnia by zdążyć na samolot była o godzinie 4.05 rano, a te smakołyki dopiero o 19. W międzyczasie niczym Tom Hanks w Terminalu snułem się z innymi po terminalu lotniska. I pewnie snułbym się dalej, bo samolot ostatecznie naprawiono w niedzielę i wystartował o godzinie 19 wieczorem lokalnego czasu. Jeżeli tych co zostali w hotelu zerwano znowu o 4 rano (bo ponoć ponowny start miał być w niedzielę rano) i przewieziono by czekali na lotnisku przez cały dzień to współczuję. Szczęśliwie byłem w grupie z mistrzem rezerwacji lotniczych z Profitravel (polecam na podróże służbowe, nawet biura podróży kupują u nich bilety) i udało się przebukować nasze na lot Emirates przez Dubaj. Co przy 10 osobach w ostatniej chwili nie jest rzeczą łatwą. Niechcący wróciłem więc podobnie jak w czasie pierwszego powrotu z Cejlonu. Miło. Minusem była kolejna nieprzespana noc. Bo cóż mi z tych hiltonów jak o 22.30 znów trzeba było wrócić na lotnisko. Poszedłem więc w miasto. Bez większych nadziei, bo z poprzedniego pobytu pamiętałem, że nie rzuca ono na kolana. Chyba, że po ciemku trafisz w dziurę w chodniku. To zaskakujące, że większość wyspy (a przynajmniej tam gdzie miałem przyjemność być) jest czysta i uporządkowana. Czasem jest biednie, ale zawsze wysprzątane. A stolica… ech, szkoda gadać. Szczęśliwie tuż obok hotelu był kompleks zwany Starym Holenderskim Szpitalem (bo Holendrzy panowali tu w okresie między Portugalczykami a Brytyjczykami). Nie, nic mi się nie stało. To miejsce jest teraz pełne knajp i barów.

Głodny nie byłem (wspominałem o syczuańskich krewetkach?), ale spragniony i owszem. Wszystkie z pełną klimą, zmrożonymi kuflami, zimnym piwem i zespołami grającymi covery od najnowszych po złote przeboje. A gdzieś obok, ale nadal wśród stalowo-aluminiowych budynków giełdy, nowoczesnych hoteli i nierównych chodników przycupnął bar Ratnagiri.

Klasyczny, cejloński dla miejscowych. Gdzie arak popijany jest mocnym piwem Lion a sprzedaż odbywa się zza krat. Raczej nie zabierzesz tam kobiety na randkę 🙂
Cheers! Jaya sri!
Koczujący 🙂 Mieczysław
Colombo – Dubaj -Warszawa
25 listopada 2019

PS Już nad terytorium Polski przyszedł do mnie steward Emirates i powiedział, żebym nie czekał na swój plecak, gdyż ten chciałby sobie jeszcze obejrzeć Burdż Kalifa. Poprzednio też mój plecak został w Zjednoczonych Emiratach Arabskich i doleciał do mnie z opóźnieniem, choć wtedy Etihad nie miał takiej usługi informacji. Prosta, acz genialna rzecz pozwalająca oszczędzić czas i nerwy w kolejce do reklamacji, bo wszystko wypełniasz na pokładzie. Mam nadzieję, że plecak doleci dziś wieczorem, bo herbata mi się kończy 🙂

Dodaj komentarz

Please Login to comment
  Subscribe  
Powiadom o