Mkną po szynach żółte tramwaje

Bom dia! Służbowy, intensywny pobyt w Lizbonie dobiegł końca. Teraz mogę nacieszyć się Portugalią w portugalskim stylu: bez pośpiechu.

Jeden ze znajomych ostatnio bardzo się zdziwił, kiedy się okazało, że Portugalia jest bardzo dostępna cenowo. Oczywiście inflacja dociera i tutaj. I tutaj można za hotel zapłacić jak za zboże. Kolega za dwie puszki coli z hotelowego barku zapłacił więcej niż ja za łóżko w centrum miasta. Miasta które zresztą zmienia się niesamowicie. Kilka lat temu mieszkałem w zaułku obok Rua do Bacalhareiros. Niby blisko głównego placu miasta, a jednocześnie kryminały klasy B można było kręcić bez specjalnej dodatkowej scenografii. Teraz w miejscu gdzie zamiast klucza wchodziło się na odcisk kciuka jest jakiś luksusowy apartament, obok piwiarnia kraftowa a uliczka obok pełna jest “starych” restauracji. Gdzie przystawka jest droższa nie tylko od dawniejszego noclegu, ale i od od całego menu del dia w zwykłych knajpach poza centrum. Zresztą nawet w centrum można zjeść całkiem przyzwoicie. Chciałem zrobić Wam przewodnik po najciekawszych “bifanach”, ale po trzeciej knajpie byłem już full. Bifana to nic innego tylko kawałek mięsa w sosie ze zwykłą bułką. Zestaw przy barze kosztuje 2.50 euro, a po drugim lokalu już w zasadzie człowiek jest syty.
A jak człowiek syty to sobie może pojeździć tramwajem! Szczęśliwie zeszłoroczne remonty najbardziej popularnej wśród turystów i kieszonkowców linii 28 zostały zakończone i mogłem sobie pośmigać bez stresu w te i wewte. Przy okazji: w tych zabytkowych liniach nadal obowiązują (w przeciwieństwie do Porto) normalne karty miejskie. Kupując bilet 24 godzinny mamy za niecałe 7 euro prawo do skorzystania nie tylko ze zwykłych busów czy metra, ale także “elevadores” czyli wind i tramwajów pokonujących strome podjazdy. Chociaż do najpopularniejszej Santa Justa kolejka bywa na minimum godzinę stania. Nawet ja szybciej wejdę na jedno z siedmiu wzgórz lizbońskich. Jak są wzgórza to muszą być i doliniarze: uważajcie w popularnych miejscach, bo licho nie śpi. Coraz częściej też przyjeżdżają “artyści” na gościnne występy. Wiele miejsc lokalnych, które kiedyś nie zachęcały do zapuszczenia się po zmroku odzyskuje nowy blask. Tak jest na przykład przy filarze nr 7 Mostu Salazara zwanego obecnie 25 kwietnia. Kilka razy przejeżdżałem niegdyś busem (na południe) i zawsze siadałem po prawej stronie dla widoków. Teraz po prostu kupujesz bilet i wchodzisz na platformę widokową na ujście Tagu do Atlantyku. Za to pod estakadą powstało – nie wiem kiedy – małe artystyczne zagłębie. Stare lofty i fabryki zrewitalizowano. Powstały modne knajpy i cwane eko stoiska. Chcesz koktajl? Zapłać 5 euro i wsiądź na rower, żeby uruchomić blender. Kolejka prawie jak po giginje – lokalna wiśniówkę. W miejscu dawnej drukarni powstała jedna z najbardziej niezwykłych księgarni Ler Devagar. To miejsce mnie zachwyciło za pierszym razem. I nawet za drugim kiedy byłem już po pobycie w Obidos. O tym ostatnim – jednym z siedmiu cudów Portugalii – napiszę innym razem, za to dla podkręcenia smaku wrzucę kilka fot z księgarni,

które opanowały tam zdekonsekrowany kościół, warzywniak czy nawet sklep z sardynkami.
A skoro o książkach, to pojawiła się publikacja Lizbona autorstwa Weroniki Wawrzkowicz-Pasternak i Marty Stacewicz-Paixao. Mimo paru niekonsekwencji (nie chcemy być przewodnikiem, więc dajemy opis przewodnikowy; piszemy o Lizbonie ale jest fajny gość w Alentejo i przejeżdżał przez Lizbonę – to wrzućmy rozdział o nim 😉 ), warto przeczytać jeśli wybieracie się do stolicy Portugalii. Szczególnie rozdziały o poznawaniu sąsiadów czy historyczne o powrotach postkolonialnych są wręcz fantastyczne. Nie wspominając o polonicach. Najbardziej aktualnym jest Cafe do Electrico,

gdzie Andrzej Jakimowski kręcił film Imagine. I naprawdę można tam zamówić kawę po polsku! Próbowałem nauczyć Sandrę: “małą czarną proszę”, ale chyba było za trudno. Próbujcie
Saudade!
Mieczysław
Lizbona 26 października 2019

Dodaj komentarz

Please Login to comment
  Subscribe  
Powiadom o