W Hamburgu, na urodzinach

Gutentag! Na dobrą imprezkę zawsze wpadnę. Szczególnie jak urodziny obchodzi port. Port w Hamburgu.

Do Hamburga kolejny raz trafiłem w maju. Tym razem na urodziny portu Hamburg. No cóż, każda okazja do świętowania jest dobra. Byłem już na kilku zlotach żaglowców i za każdym razem twierdzę, że warto zobaczyć największe żaglowce świata. Naprawdę robią wrażenie. O czym najlepiej świadczą kolejki ludzi oczekujących na wejście na Kruzenszterna czy Mira. Ten ostatni zbudowany w Stoczni Gdańskiej, jeszcze w czasach kiedy nosiła ona imię Uljanowa (ksywka: Lenin). Tłum się kłębił mimo, że za wejście trzeba było zapłacić ze trzy euro. O ile dobrze pamiętam, w Gdyni czy w Szczecinie wchodziło się za darmo, ale swoje też trzeba było odstać. Dobrą reklamę robiły rosyjskie “matroski” (nie mylić z matrioszkami) przy trapie. Ech, niejeden marynarz zapragnął być korsarzem i dokonać abordażu, nie licząc się z konsekwencjami ataku na żaglowiec mocarstwa. Żaglowce nie były jedyną atrakcją. Tu przybyły także jednostki napędzane silnikami. Najwięcej emocji wzbudzały parostatki. Szczególnie jak urządzały sobie “rozmowę” syrenami okrętowymi. Wprawdzie w niebo szło tyle pary i pyłu, że zieloni powinni od razu położyć się rejtanem na Łabie. Ale publika była bardzo zadowolona. Z żaglowców moją uwagę zwrócił Saint-Michele II. To przebudowany okręt należący do samego Juliusza Verne’a. Statek pojawił się tu, bo akurat partnerem obchodów było miasto rodzinne pisarza, Nantes. Wraz ze statkiem pojawili się ludzie z promocji tego regionu. No i tu zaskoczenie: prócz win, serów, harmonistów i innych temu podobnych atrakcji pojawili się producenci… piwa. Szacun za odwagę producentom z Nantesu. To tak jakby do Paryża z kobietą pojechać. No, może zbyt mocne porównanie. Akurat piwo Niemcy umieją warzyć. I dobrze odnajdują się także w tzw. kraftowych atomowych morświnach (wyguglajcie Pasty o piwnych koneserach), ale przede wszystkim nie trafiłem tu na złego pilsa. A prób kilka(naście) wykonałem 🙂 Najfajniejsze jest tu, że nikomu nie przeszkadza picie piwa (i innych alkoholi) na ulicy. Złapałem się na tym, że pijąc piwo w oczekiwaniu na fajerwerki odruchowo zakryłem butelkę na widok patrolu policji. Iś habe fergesen, jak mawiał Kramer – przecież jesteśmy w Niemczech. Butelka jest tu na porządku dziennym. Także dlatego, że zastaw za nią to 8 centów, a za puszkę – 25. Wierzcie na słowo, że nigdzie nie widziałem walających się opakowań szklanych. Nawet jak pod koniec imprezy kosze były przepełnione papierami, tackami etc, to nie było tam ani pół puszki czy butelki. Butelki są jedynie zabronione w weekendy w jednej z najbardziej ponoć rozrywkowych ulic, Grose Freiheit. W czasie gorączki sobotniej nocy butelka może być jak broń palna i biała czy gaz. Ale nad Łabą? Nad Łabą, mimo mnóstwa ludzi i koncertów na kilkunastu scenach stałych i na żaglówkach, nikomu nie przeszkadza czy pijesz piwo kupione w barze czy w sąsiednim gieesie. No więc sączę sobie pilznerka czekając na fajerwerki. W oddali świeci laserami nowooddana filharmonia. Odwracam się na chwilę. A tu światła się zbliżają. Co jest? Czyżby keja nie była stała, tylko ktoś odcumował? Czy piwo za mocne? Bo Filharmonia raczej nie pływa. Dopiero po dłuższej chwili z ciemności wyłania się – Aida. Nie opera. W ch…olerę ogromny wycieczkowiec. I tak naprawdę to dla gości tego wycieczkowca – a nie półtora miliona turystów – odpalono sztuczne ognie. Dobrze, że strzelano wysoko, to i nam maluczkim coś udało się zobaczyć 🙂
A do Filharmonii wybrałem się następnego dnia. Mają tam fantastyczny widok na port. A także morsko-filharmoniczny browar. Amatorzy dobrego pilznera i rzemieślniczych wynalazków będą zadowoleni!
Prosit!
Mieczysław
Hamburg 8 maja (Dzień Zwycięstwa) 2017

Dodaj komentarz