Wino od Jesusa

Hola! W tym roku nie upolowałem taniego biletu do Ameryki Południowej. Ale na Półwysep Iberyjski udało mi się jak najbardziej. I to w czasie Semana Santa
Wielki Tydzień, czyli Semana Santa. Czy jak tu chcą: Semana Santa-nder. Miasto ostatnio zyskało połączenie bezpośrednie z Warszawą. To dobra wiadomość dla tych którzy wybierają się na Camino. Bo nawet jeśli nie ruszą trasą północną, to łatwiej dojechać do wybranego punktu startu. Przyznam, że trochę zazdrościłem pielgrzymom. Wydawało mi się, że z tego samolotu przynajmniej dziesięć procent ludzi ruszało na szlak. W noclegowni tuż przy dworcu ten procent jest jeszcze większy. Swoją drogą człowiek tak już wpadł w rutynę wyjazdów, że po przylocie zdałem sobie sprawę, że nie pamiętam ani nazwy, ani adresu hostelu. Coś tam niby sprawdzałem, ale przecież wszystkie rezerwacje są w sieci. Więc dopóki nie połączyłem się z siecią byłem jak ten kret – ślepy i głuchy. Na szczęście lud tutaj jest bardzo serdeczny. Wystarczy na chwilę się zatrzymać a już ktoś zagaduje. Choć ten miejscowy dialekt jakiś taki mało hiszpański. No, ale co ja tam wiem o hiszpańskim. Znowu wzięli mnie za Włocha, bo pomyliłem rodzajniki 🙂 Przyznam, że jeszcze kilka dni takiego słońca i wiatru i rzeczywiście będę śniady. Gwiździ tu niesamowicie. Na plaży, tam gdzie jest choć trochę osłony kobiety opalają się nawet topless. Przy ścieżce dojściowej trzeba ubrać kurtkę. Być może z powodu wiatru wieczorne procesje odbywają się z lampionami elektrycznymi. Cóż, znak czasu. Są też zdecydowanie mniejsze niż te najsłynniejsze, w Sewilli. No i platformy są ciągnione na kołach, nie niesione przez “costaleros”. Akurat tutaj nie jest to chyba ułatwienie. Sporo ulic jest dość stromych więc pchanie ciężkich “pasos” z figurami Chrystusa i Marii to też niezłe wyzwanie dla bractw. Zobaczymy jak będzie w Kraju Basków, gdzie ruszam jeszcze dziś. Na razie Santander rozpoznane i polubione. Jest port w środku miasta, a barwy Kantabrii biało-czerwone. To za plecami, to przecież nie na moją cześć… No i jak nie lubić miasta, gdy pierwszy kieliszek wina w jednej z dawnej hal targowych (takie miejscowe Koszyki) dostajesz ot tak, z sympatii. Wdałem się w rozmowę z jakimś miejscowym fotoamatorem, który przysiadł na kawę. Jak się domyślił, że robię zdjęcia: nie wiem. Może dlatego, że obok kieliszka leżała lustrzanka. Facet zdziwił się za to, że ma bezpośrednie połączenie do Polski, o którym zupełnie nie wiedział. Ale pooglądaliśmy sobie na telefonach zdjęcia… Na zakończenie doliczył moje wino do swojego rachunku. Jak się nazywasz? Mietek, a Ty? – Jesus, witam w Santander!
Santander 11 kwietnia 2017
PS. Mimo, że Santander to także nazwa banku, to wyjazd nie był przez ten bank sponsorowany. Jeżeli ktoś ma kontakt to proszę na priv 🙂 może nie wydali wszystkiego na gaże dla Messiego, Ronaldo i innych gwiazd La Liga.

Dodaj komentarz