Czasem trzeba się wyrwać ze złotej czy nawet diamentowej klatki.
Grudzień nad Morzem Czerwonym potrafi być nieprzewidywalny. Owszem: jest tu pełno słońca. Zwykle nawet ze 25 stopni Celsjusza. Ale jednak od czasu do czasu trochę wieje. Upał jest bardziej znośny, ale łodzie na rafę wtedy nie wypływają. Są tacy którzy lubią leżeć w zaciszu prywatnego lub mniej prywatnego baseniku. Ale to nie ja. Pisałem, że powstała grupa knująca wyjazd do Luksoru. Z tego rejonu to nawet bliżej niż z tak popularnej Hurghady. Jednak okazało się, że koniec końców historia niczym z Księgi Rodzaju. W sumie pustynny rejon nawet nie tak daleko oryginału. Sodoma i Gomora zostały zniszczone (jakby ktoś nie pamiętał), bo nie znalazło się dziesięciu sprawiedliwych, dzięki którym zagłada byłaby wstrzymana. Tak samo zniszczone zostały nasze plany wyjazdu do Luksoru, bo nie znalazła się odpowiednia liczba chętnych. Trudno. Luksor widziałem z komentarzem samego Zahi Hawassa, faraona wśród archeologów egipskich.

A pozłacane posągi, dekoracje współczesnych pokazów rozrywkowych właśnie pakowała na ciężarówkę ekipa techniczna.
Z kolegą JS ruszyliśmy poza strefę komfortu. Żeby wyjść z kurortu musieliśmy podpisać na portierni oświadczenie, że wychodzimy na własną odpowiedzialność. Skusiła nas Kuzejra (Al Qusier, Al Qusayr , Qussier i kilka innych wersji) Sławek Makaruk , kolega ze studiów, na FB napisał, że Kuzejra (zostańmy przy polskiej transkrypcji) czterdzieści lat temu to była jedna wielka dziura z jednym sklepem i starym fortem. Fort i dwie armaty jak stały tak stoją. Reszta wyglądała jakby zbudowana była w czasie gdy Makaron polował w Morzu Czerwonym na ryby. I od tego czasu nigdy nie były remontowane/malowane/sprzątane.

Nie mogłem się oprzeć refleksji, co się stało z cywilizacją, która kiedyś budowała piramidy. Najwyraźniej czasy świetności skończyły się w XVIII wieku, kiedy Ottomanowie wybudowali tu twierdzę i meczet. Zresztą twierdza leży teraz nawet nie nad samym morzem. Albo wody ubyło, albo zasięg armat był taki, że nie miało to znaczenia.



Spacer po ,,centrum” był krótki ale poznaliśmy przez ten czas lokalnych, młodocianych nagabywaczy sprzedących wszystko. I znających więcej słów po polsku niż ja po arabsku. Najwyraźniej uznali, że więcej nauczą się na ulicy niż w szkolnej ławie. Mam nadzieję, że niektórzy z nich zapamiętają sobie, że do starszych to trzeba się zwracać ,,proszę pana” a nie ,,hej, kolega”. Niestety moje próby nauczycielskie były chyba z góry skazane na niepowodzenie. Mimo, że miasteczko małe, to ewidentnie młodzież miała swoje rewiry, w których mogli ,,działać”. Więc po paru minutach kogoś innego starałem się oduczyć ,,kolegi”. Przeklinać też po polsku za bardzo nie mogliśmy, bo jedno z naszych wulgarnych słów to ponoć ,,bracie”. Do brata pana? :P, że tak dowolnie przetłumaczę? 😛

Delikatesów nie znaleźliśmy. W ogóle miasto jakby wymarłe. Jakoś puste były kawiarnie nawet plażowe. Ewidentnie jest tu po sezonie, ale nawet w sezonie miasteczko nie zachęca do odwiedzin. Zwykłych sklepów też niewiele, raczej obwoźny warzywniak. I trochę zapomnianych stoisk z pamiątkami (gutprajs mister!) – co świadczy o tym, że jest trochę turystów opuszczających strefę komfortu all inclusive w pobliskich kurortach. Którzy potem niczym bohaterowie wracają do swoich klimatyzowanych pokoi, nieprzyzwoicie czystych korytarzy i alejek oraz basenów z błękitną wodą i obsługą skłonną przychylić nieba wczasowiczom.
Fisahatica!
Faraon Mieczysław
Kuzejra, Marsa Alam 3 grudnia 2025
PS. A do Egiptu jeszcze wrócę. Choćby zobaczyć rafę albo nowe muzeum w Kairze.