Buna diminata! Znów Bałkany i znów Rumunia. Czas zmierzyć się z demonami przeszłości 🙂
Wspominałem już o tym w liście z Baile Felix Do Rumunii miałem przez lata stosunek ambiwalentny. Ale znów tu jestem 😛 . Lot z Warszawy to nieco półtorej godziny i chyba (nawet w liczbach bezwzględnych) tańszy niż dotarcie do Bukaresztu przez Przemyśl ( iSatu Mare? Suczawę?) drogą lądową. No, ale na miejscu już bez transportu drogowego ani rusz. Bo przecież nie będę siedział w upale plus 35 w dużym mieście. Choć wieczorny rekonesans po pubach na starówce był wielce obiecujący. Ponownie poczułem się nieco jak Kramer z Vabanku. Latam i latam, a na miejscu Ursus. Piwo Ursus. Ktoś się mnie spytał czy dobre? Nie powiem. Jak przed północą temperatura powietrza spada poniżej 30 stopni Celsjusza, to nie ma złego piwa. Ale nie będę narzekał na upały. Przez centralną Rumunię przechodzi jakiś cholerny front. Globalne ocieplenie na pełnej petardzie. Łącznie z ostrzeżeniami rumuńskiego RCB, żeby siedzieć na chacie. Ja akurat jechałem autobusem do Transylwanii. I od pewnego czasu nie mogłem podziwiać widoków.

Autobus rumuński to kolejna trauma z przeszłości z którą musiałem się zmierzyć. To co nas wtedy zaskoczyło, to przerwy ,,na papierosa”. Jak to przy podróży autobusem, wbrew temu co mawiają niektórzy organizatorzy turystyki ,,niech podróżni nie piją, nie sikają i nie palą” 😀 to jednak fizjologia jest nieubłagana. Mówię o uzależnieniu od nikotyny. Te kilkanaście (dziesiąt) lat temu autobusy też się zatrzymywały co 3-4 godziny. Kierowcy mają swoje prawa. Ale wtedy wszyscy wychodzili rozprostować kości, wypic kawę. Nikt nie palił. Odpalali papierosy dopiero jak wchodzili z powrotem do autobusu. Prawie na stopniach. Bar w Latawcu był swego czasu oazą świeżego powietrza w porównaniu z bałkańskim autobusem. Teraz postoje były zaplanowane i niezaplanowane. Na zaplanowanych palacze puszczali dymka na zewnątrz. Nikt nie palił w autobusie. Niezaplanowane były korki. Choć nie była to słynna Trasa Transfogarska (ale blisko), to jedzie się jak nie przymierzając w Ekwadorze. Tam kilometry też nie mają znaczenia. Pamiętam, że czas przejazdu był wprost proporcjonalny do ceny biletu. Godzina jazdy kosztowała około jednego dolara. Tu trzystu kilometrów też nie można było przeliczyć na normalny (w naszym rozumieniu) czas przejazdu. Góry środkowej Rumunii uczą cierpliwości. Całość busem to 7 godzin – niezły test! Jakbym wsiadł w przeciwnym kierunku to dojeżdżałbym do Stambułu. Porównując do Ekwadoru zapłaciłem (w promocji!) zdecydowanie taniej. Godzina drogi kosztowała mnie nieco ponad złotówkę. I nawet nie ma opcji żeby dojechać znacznie szybciej, choć oczywiście można drożej. Będe próbował w drodze powrotnej 😛

Ale za to Sighisoara, miasto niejakiego Vlada, bardziej znanego jako Dracula, absolutnie odjazdowa. I nic to, że przechodzi kolejny front i leje jak z cebra. Eufemistycznie rzecz ujmując jest czas na fotografowanie detali, zbliżeń i innych tzw drobiazgów. I szukania miejscówek na dobre ujęcia. Albo piwo 😛
Noroc!
Wasz Bałkański Łącznik Mieczysław
Sighisoara 17 lipca 2025
PS Cieszyłem się, że autobusie nie palą? To mam za swoje. Noclegownia Burg w XIV wiecznym zabytku gości młodzież (dorosłą). I wszyscy po kolacji jarają szlugi jeszcze przed deserem 😀 Ale nie wypada zwrócić uwagi. Raz, że ćwiczę cierpliwość. A dwa, bo akurat jakaś adhoc imprezka urodzinowa się odpaliła. I ja tam byłem, zdrowie jubilatki piłem 😛

