Buna diminata! Nie tylko Sighisoara jest piękna. Braszów też cudny.
Może to i dobrze, że wbrew pierwotnym planom najpierw pojechałem dalej od stolicy. Ale gdy w sobotnie popołudnie zawitałem do Braszowa, to byłem w absolutnym szoku. Po małomiasteczkowej i spokojnej Sighisoarze (ale też spokojnie -o dziwo!- było we wtorkowy wieczór w Bukareszcie) wpadłem w jakiś kosmiczny wir turystycznej metropolii. Nic oczywiście tego nie zapowiada na pierwszy rzut oka. Ani nawet na drugi. Przejeżdżałem przez to miasto kilka dni temu. Potem ,,zwiedziłem” inny z ich – pożal się Boże – dworców autobusowych. Ten z którego można dojechać do Kiszyniowa lub Bran.

Kiszyniów chyba łatwiej (i taniej) landrynką z Polski ogarnąć. Do Bran (-u?) nie ma innej opcji. Generalnie trzy dworce autobusowe, które zwiedziłem (a to chyba nie wszystkie) i jeden kolejowy łączą wszystko najgorsze, co komunizm pozostawił w Rumunii. Dworzec Zachodni w Warszawie jawi się niczym singapurskie lotnisko. Ale stare miasto Braszowa! Ooooo! To zupełnie inna bajka. Piękne, odnowione, tętniące życiem.

Chyba nawet więcej ludzi niż ostatnio w Koszycach. Świątynie prawosławne, luterańskie, katolickie; oryginalny ratusz i przepiękny -mimo betonu- rynek. Gdzieś przeczytałem, że to jak Kraków, ale w Bieszczadach. Raczej Sandomierz, może Zamość i w górach chyba wyższych niż Bieszczady. Gdybym był Węgrem, to bym napisał, że jest jak Lwów dla Polaków. Tyle, że Braszów Węgrzy stracili już po pierwszej wojnie światowej. W ogóle jakoś większość tegoroczne podróże jeżdżę szlakiem tzw. Wielkich Węgier. W samych Węgrzech byłem tylko przez chwilę 🙂 O mniejszościach na Słowacji wiedziałem. Ale, że sięgali aż do Braszowa? To sobie uświadomiłem dopiero tutaj. Jak mi do zupy podali ostrą papryczkę a ksiądz w kościele odprawiał mszę po węgiersku 🙂

Nic to! Wracamy do miasta. Nad nim góra Tampa i napis niczym z Hollywood. To znaczy napisane Brasov, ale literami jak z Kalifornii. To jakby ktoś zapomniał gdzie przyjechał. Na górę nie wlazłem. Raz, że trochę mało czasu (dobra wymówka 😛 ). Dwa: poczekam aż wyremontują kolejkę, bo nie chcę nadwyrężać stawów. I bez tego w mieście jest dużo fajnych zaułków, w których można się zgubić albo… utknąć.

Na południowej fasadzie rynku coś w rodzaju wieży cerkiewnej. Z lewej jakiś sklep, bynajmniej nie dewocjonalia, z prawej kawiarnia. Wchodzi się do bramy przypominającej wejście do świątyni. Ale rzeczywista cerkiew ukryta jest gdzieś w podwórku. Pierwszy raz coś takiego widziałem. Inna ciekawostka: najwęższa ponoć ulica świata/Europy/Rumunii (niepotrzebne skreślić). Ulica Sforii. Też wygląda jakby to była brama na podwórko. A to przejście zrobione dla strażaków, łączące dwie równoległe ulice pod Tampą. Szczerze? Nie wiem jak strażacy z ekwipunkiem mogli się tam przecisnąć. Chyba tylko szlauch przerzucić. Ja dałem radę, ale dwóch Mieczysławów już by się zaklinowało. I tak wystająca kieszeń plecaka ocierała o graffitti, którym domorośli wandale pomazali ściany.

W ogóle całe mnóstwo jest tu wąskich przejść. Do miejscowej noclegowni też musiałem się przeciskać i to bez plecaka. Inaczej bym utknął. Nic dziwnego, że tak fajne miasto przyciąga tłumy. I chociaż fajnie widzieć żyjące miasto i gwarne ulice, to sobotni wieczór może być masakrą dla głodnych i spragnionych wędrowców. Ostatni raz mieliśmy problem z wbiciem się do pubu kilka lat temu w Norymberdze. Ale wtedy było nas kilka osób, więc nic dziwnego. Teraz byłem sam i nie było dla mnie wolnego miejsca w gospodzie, że pozwolę sobie na takie obrazobórcze nawiązanie do literatury światowej. Tłukę kilometry prawie jak na Camino. Już nawet nie zwracam uwagi na ceny (a 0.4 litra piwa kosztuje w Braszowie od 7 do 32 lei, czyli 5,50 do 26 zł).

Aż wreszcie! Jest! Wolne miejsce! Z kija polewali (znowu wpływy madziarskie) piwo Csiki. Klasyczny lager. Ale nie wróżę marce powodzenia na polskim rynku. No, chyba, że do gry wejdą marketingowcy od pewnej marki żarówek.
Noroc! I znów: nieco szegedre!
Wasz Bałkański Łącznik Mieczysław
W pociągu z Braszowa (rum. Brasov, węg. Brasso)
do Bukaresztu, 20 lipca 2025
PS O Drakuli na pewno jeszcze będę pisał. Może w innym miejscu. Ale na gorąco pochwalę się małym sukcesem. Miejskie Kanary w Braszowie vs Mieczysław 1:1. Na szczęście videoweryfikacja VAR była na moją korzyść, więc 0:2! O tym na pewno napiszę w info praktycznym. I może uda się sprawdzić na ile piw by mnie skasowali.