Bom dia! Dawno mnie nie było w Portugalii. Ale tym razem na krótko i w drogę na północ. Camino Portuguese.
Przyznam, że pierwszy raz od wielu lat miałem jakiś rajzefiber. Jakbym leciał pierwszy raz. A tu nie dość, że bezpośrednim lotem, to jeszcze do miejsc, które pamiętam z zeszłego roku. Karty miejskie w Porto nadal ważne. Tylko doładować. Zostały mi trzy i oczywiście nie wiedziałem, która jest na bilet dobowy, a które na pojedyncze. Coś mi mignęło, że można już zmienić rodzaj biletu (jeszcze w zeszłym roku nie było to możliwe), ale czasu nie miałem dużo. Spóźnił mi się bus. Airbus Wizzaira. Dobrze, że lotnisko w Porto jakoś ogarniam. Do metra wpadłem minutę przed odjazdem. Na dworcu autobusowym Campanha byłem 5 minut po planowanym odjeździe. Na szczęście autobus było opóźniony o 6 minut. I potem już z górki. Na północ Portugalii (przez jakieś opłotki) dotarłem przed północą. Dziś jeszcze z rana obowiązkowa sesja przy komputerze i w drogę. Ten komputer to zbawienie i przekleństwo. Ale na moim pierwszym Camino – chyba wspominałem – musiałem wysłać tekst o przyrodzeniu Rasputina. Także dzisiejsze zadania to naprawdę pestka.
Inna rzecz, że specjalnie się z tej Valency nie spieszyło mi wychodzić. Hostel Bulwark – ten sam co zeszłego roku – nadal trzyma poziom.

Mają nawet czajnik elektryczny. Dla wielu alberg w Galicii to wynalazek na równi z wynalezieniem koła. Więc herbatkę (dobrą, sam przywiozłem) mogłem z rana wypić, patrząc jak deszcz w poziomie obija szyby siedemnastowiecznego budynku, w którym mieszkał sam Pułkownik Porfirio do Fonsceca. Kimkolwiek on był 🙂
Ale teraz już w drogę.

I wiem co we mnie ten niepokój wzbudzało. Zainwestowałem w nową kurtkę i nowy plecak. Chociaż wszystko wydaje się bardzo dobre (w końcu sam wybierałem 🙂 ) to jednak przyzwyczajenie się do nowego układu musi chwilię potrwać. Na razie wkurzają mnie zamki, które są nie tam gdzie trzeba. I to że nie potrafię jeszcze wykorzystać wszystkich patentów jakie na pewno są tu ukryte. Kiedyś w spodniach The North Face jedną ukrytą kieszeń znalazłem dopiero po dwóch latach. W zasadzie spodnie szły już do recyklingu. Teraz w plecaku Montane mam jakiś klikendgoł system. Tylko jeszcze nie rozkminiłem co do czego kliknąć żeby poszło. Na razie idę non stop w deszczu. Czasem aż szkoda wyjmować aparat wodoszczelny, więc mam dużo czasu na myślenie. Ale jakby ktoś miał jakiś pomysł jak to działa to jestem otwarty 🙂

Na razie – skoro już wyszedł mi list mocno praktyczny – jeden patent, który pozwoli ominąć restrykcje samolotowe. Potrafię się spakować, nawet do nowego plecaka tak, że spełnia normy nawet małego bagażu podręcznego. Zresztą na Camino: im mniej niesiesz tym lepiej. Czasem na przesiadkach low costów nawet nie ma czasu, żeby odebrać i nadać bagaż. Ale od czego InPost? Pół roku temu pisałem jak wysłać paczkę do kraju (bo znów ten scyzoryk 😛 ) Wysłanie paczki do Hiszpanii (czy Portugalii) jest jeszcze prostsze, bo nie trzeba nic drukować. I tańsze: tylko 29 zł. Paczkę nadałem w poniedziałek 13 października wieczorem. Czekała na mnie dokładnie tydzień później. InPost ma tu 4 dni na dostarczenie z Polski: bez dni świątecznych i weekendów oraz dnia nadania i odbioru. W Portugalii trzebaby chyba dodać jeden dzień. I podobnie jak tam paczkomatów tu niewiele, ale sporo tzw punktów odbioru. Co w drodze jest o tyle lepsze, że w paczkomacie przesyłka czeka 48 godzin. A w takim punkcie 5 dni. Przyszedłem, odebrałem i tylko mam dylemat: jak to otworzyć, bo przecież scyzoryk jest w środku 😀
Ultreia!
Caminer Mieczysław
PS. Wpis nie jest sponsorowany przez żadną z firm wymienionych powyżej. Ale jakby ktoś miał namiary to chętnie. I jeszcze jedna uwaga: Idę Camino Portugalskie, ale głównie przez Galicję. Mimo wszystko wpisy będą pod hasztagami Portugalia i Hiszpania
Ultreia!
Valenca – O Porrino 21 października 2025
Caminer Mieczysław