Guten Morgen! Jak człowiek rezygnuje ze złotej klatki, to szybko ląduje na bruku. We Fryburgu Bryzgowijskim.
Sama nazwa miasta brzmi bajkowo. To dla odróżnienia od Fryburga szwajcarskiego, zresztą stosunkowo niedaleko leżącego. Bajkowo rozpoczęła się też ta podróż na pogranicze niemiecko-szwajcarsko-francuskie. Pół wieku temu było tam ściernisko. Teraz – nie San Francisco – ale prawie jak Las Vegas. Tyle że bez kasyn. Bardziej dla dzieci w każdym wieku. Wchodzę do hotelu zrobionym w stylu Indiany Jonesa czy raczej podróży Bolka i Lolka dookoła świata. W ramach dekoracji makiety walizek z jakimi podróżowało się ze sto lat temu. I globus, który jak Bolek i Lolek można było wprawić w ruch. Z tym, że zamiast różnych miejsc na świecie można w parku rozrywki tuż obok ,,odwiedzić” jeden z 18 krajów europejskich. Zza oceanu przyszła tutaj tylko jedna atrakcja: Silver Lake City, w którego otwarciu przedwczoraj miałem przyjemność uczestniczyć. Trochę jakbyśmy się przenieśli na Dziki Zachód w XIX wieku.



Był saloon, rewolwerowcy, wyluzowany grabarz, szeryf, rzemieślnicy, dyliżans, konie i strzelanina. Miłośnicy takich klimatów mogą przenocować w hotelu, gdzie łóżka dzieci są na wozach osadników. Sam żałowałem, że już zdecydowanie wyrosłem z rozmiarów tych łóżek. Gdyby komuś przeszkadzało, że westernowe miasteczko powstało w Niemczech, to warto przypomnieć, że najsłynniejsze książki o Dzikim Zachodzie napisał Karol May. Który nawet nie był w USA. Brakowało tylko Indian. Ale jak napisał kolega na fejsbuku: jedynym czerwonoskórym byłem tam ja 😀 . Fakt, lampa tu od kilku dni jest okrutna. Jednak nie wiem czy moja twarz była bardziej czerwona od słońca czy emocji przebywania wśród pięknych przewodniczek. Nazwałem je ,,bandą” Calamity Jane.

Na orzeźwienie (i od słońca i od kowbojek) wpadłem do saloonu. I tu absolutny hit. Park rozrywki ma własny browar! Bo oczywiście możemy imitować western, ale jesteśmy w Niemczech i są granice amerykanizacji. Dobrze, że piwo jest lokalne a nie importowane. Zresztą jest bardzo dobre.

Nie uwierzyłem pierwszej szklance, bo człowiek wysuszony w samo południe. Na szczęście druga (i trzecia) potwierdziły pierwsze wrażenie. Z doświadczenia wiem, że nie zawsze pierwsze wrażenie jest właściwe. Nie tylko przy piwie. 😛
I tak kilka dni człowiek żyje w złotej klatce bajkowego świata. Nawet kolejny (już ,,normalny”) hotel jest daleko od centrum Fryburga Bryzgowijskiego. Możemy korzystać z dobrodziejstw źródeł termalnych. Przy tej temperaturze powietrza nawet gorące źródła nie są aż tak gorące.


Lud we Fryburgu ma w czasie upałów fantastyczny zwyczaj. Przez miasto ciągną się niewielkie, odkryte kanaliki z rześką wodą z okolicznych wzgórz. Kiedyś nazwalibyśmy je rynsztokami, jednak to słowo ma kiepskie konotacje. Ta woda jest czysta i zimna. W tak ciepłe dni jak ostatnio wszyscy siadają wprost na ulicznym bruku. Miasto jest jak jedna wielka kawiarnia uliczna. Do tego butelki z winem czy piwo w naturalny sposób chłodzą się w bieżącej wodzie. Nie wytrzymałem i ja. Na chwilę urwałem się z degustacji wina w zabytkowych i dystyngowanych wnętrzach pałacowych. Usiadłem na bruku i zamówiłem piwo. Barman postawił mi je wprost na ulicy. Nie dość, że wylądowałem na bruku to jeszcze w rynsztoku! Ale się dźwignąłem. Terminal płatniczy był przy barze 😀
Prost!
Mieczysław, który sięgnął bruku
Fryburg Bryzgowijski, 20 czerwca 2026
