Ahoj! Znowu otwieram sezon na Słowacji. Tym razem w Małej Fatrze i Tatrach Zachodnich.
Oczywiście sezon letnich aktywności. I nie bez pewnego sentymentu. To w Dolinie Vratnej, w Terchovej uczyłem się jeździć na nartach. Próbowałem przypomnieć sobie chałupę w której spaliśmy, ale mimo najszczerszych chęci rozpoznałem tylko charakterystyczny rynek miasteczka i kościół. Chyba nawet nie ma już tej knajpy, gdzie pierwszy raz próbowałem borowiczki z horcem. Taki rodzaj dzikiego chrzanu. Za to gospodarze ugościli nas zacnie, z góralską muzyką (wpisaną na listę UNESCO) w karczmie hotelu Diery. To dobra miejscówka na początek (lub koniec) szlaku do słynnego w okolicy wąwozu Janosikowe Diery.


Mimo temperatur bliższych zera śniegu już w dolinie prawie nie ma. To dobrze, bo było bezpieczniej. To znaczy bezpieczniej pod względem śliskości skały. Przewodnik bowiem miał ze sobą… spray ,,antyniedźwiedziowy” , bo Jogibabu właśnie wybudzają się ze snu i czasem mogą być zdezorientowane. Tu przypomina się najważniejsza zasada, dlaczego warto chodzić w góry w towarzystwie. W razie spotkania misia nie trzeba być szybszym niż niedźwiedź. Wystarczy być szybszym od najwolniejszego w grupie 😛 Rozejrzałem się i byłem blisko odpowiedzi czemu zostałem zaproszony przez Słowaków . 😀 Ale na poważnie to w razie ewentualnego spotkania pierwszego stopnia trzeba się wycofywać powoli i tyłem. Chyba dlatego, żeby zwierzę nie widziało brązowych getrów z tyłu. Na szczęście jedyny miś to ten pluszowy ,,macko” z centrum informacji turystycznej.

Wąwóz przypominał mi bardziej słynną Samarię na Krecie. OK, temperatury były tam nieco wyższe. Ale widoki w obu miejscach prześliczne. Przewagą Terchovej jest to, że na koniec dnia można tu wypić świetne lokalne piwo. Na miejscu warzonych jest kilka rodzajów. Jestem przekonany, że nie było Browaru ,,Vrsky”, gdy brałem lekcje narciarstwa. Może to i lepiej, bo pokusa byłaby zbyt duża. Co tu dużo mówić. Dobre jest. Widać, że zgodnie z napisem Pan Bóg błogosławi browarnikom.

Pewnie błogosławi też flisakom na Wagu. Tą rzeką – ale w innym miejscu – już kiedyś płynąłem na pontonie. Teraz niczym emerytowany turysta siedziałem sobie na ławeczce. Trzeba było uważać. Ponoć poziom wody niski, ale chlapało momentami nieźle. Na szczęście było też dużo słońca i zamki w Strecnie prezentowały się świetnie. Zarówno stary jak i nowy. Chociaż też stary. A flisak jak na Dunajcu zabawiał towarzystwo pokazując skały. Tu o kształtach Indianina czy Karpia. Tu kiedyś pokazał nam się niedźwiedź.

Nie skała a prawdziwy ,,macko” jak nazywa misie (choć raczej pluszowe). Jednym słowem w ciągu dwudziestu czterech godzin rozpocząłem sezon górskich wędrówek i spływów z misiem w tle. Czego brakuje? Roweru.

Tu też niczego sobie. Wprawdzie moja Pomarańczowa Strzała jeszcze śpi snem zimowym, ale to już niedługo. Bo przecież zacząłem też sezon na dwóch kółkach. Nic to, że elektryczne. Za to pojechaliśmy w Tatry Zachodnie. Ze dwa lata temu jeździłem tu na nartach. Świetna stacja Rohacze Spalena. I wyciągi jeszcze w ten weekend chodziły. Może pójdą też w weekend majowy? My tymczasem ruszyliśmy dalej w górę, do pierwszych połaci śniegu poza trasami narciarskimi. W sumie ze 30 km i ze 400 może 500 metrów przewyższenia. I zupełnie niechcący widzieliśmy akcję Horskiej Służby i wojska słowackiego. Szczęśliwie nie była to akcja ratunkowa. Black Hawk zdejmował z gór urządzenia do kontrolowanego wywołania lawin. Prawdę mówiąc to byłem sceptyczny, kiedy przewodnik zaproponował poczekanie na helikoptery. Co to ja śmigła nie widziałem? No akurat Black Hawka z tak bliska to nie widziałem. Misia też nie mogło zabraknąć W drodze powrotnej, koło skansenu w Zubercu też był. Na szczęście w formie drewnianej rzeźby. Na zdravi!
Wasz Macko Miećko
Terchova – Rohacze
25 kwietnia 2026